Militarystyka: broń, bitwy, dowódcy

Wiersze Klaudii Rogowicz

Metamorfoza konfederata

Jeszcze jeden strzał na metalowym ostrzu,
by przekłuć delikatną duszę chłopca o cygańskiej twarzy
pada na ziemie Ikar,
jakby w przerwanym locie.

Szybka drabina piór wznoszących się ku niebu,
szpiczaste paznokcie na obręczy pierścienia,
rozpina skrzydła ponad panowaniem bocianów,
otwarta zielona brama świata,
na jego lot
w przestworza.

Willa "Konfederatka"*

Oparła tęczową linię rajstop odzianych w nogi
o drewnianą framugę,
jeszcze oddychająca lasem
sukienka na styku stóp.

Wertowanie ksiązki bez najmniejszego sensu,
Gdy całował ją malowanym słońcem.

*- mowa tu o willi "Konfederatka" w Tyliczu

Ojców 1863

Cichy śnieg strząśnięty z pierzyny aniołów,
tysiące szczelin w białym puchu,
daleki powiew rżenia,
jakby w chwilowym amoku.

Pędzą przed siebie,
zostawiając pocałunek
na tej śpiącej ziemi.

Z tej skarpy już widać zamek,
choć do Polski droga kręta i daleka.

Mogiła

Liczę kroki po schodach,
liczydle wieku,
odmierzając na klepsydrze sens dat.

Tylko mozaika śmierci bukietu,
pod kamieniem
sto czterdziestego pierwszego snu patriotów.

Cisza spoza kontekstu czasu,
zatrzymały się matryce,
choć oni są jak indygowiec.

Savannah

Ostatnie liście południa,
spadają na martwe policzki ziemi,
pędzące w nieskończoność konie,
jakby na niebie malowane wiatrem.

Jeden upadek waży na szali przestrzeni,
wirującej firanki mgieł wszechświata,
na której ganku jego sen.

Ubędzie go o cztery uncje
w ostatniej podróży.

Pojutrze powróci
lecz jako wiatr w umysłach.

Lato Wzrastania dusz
W 60 rocznicę Powstania Warszawskiego

Tysiąc kolumn upadło
pod naporem zbyt kruchych pleców,
roztrzaskując głowy o marmurowe posadzki.

Stargane włosy jeszcze pachną krwią.

Wzięli karabiny na znak obrony,
w lato wzrastania dusz.

Kanclerza pustka w komnacie
kanclerzowi i hetmanowi Janowi Zamoyskiemu

Na ścianie tylko ogród haftowany nicią słońca,
obrazy i galery
płynące po morzach drewnianych ram,
pusty pokój,
tylko kurz tańczy ostatni taniec
na parkiecie biurka,
nie ma sprawozdań,
spadły ja liście
w żółtych sukienkach,
tamte chwile w szufladach
wysuwają się z wolna,
tylko jego nie ma
w bycie tego pokoju.

Człowiek o srebrnym podniebieniu
hetmanowi Stefanowi Czarnieckiemu

Ostry zgrzyt tembru głosu
w eterze powietrza na plecach drzew,
gdy szli przez te pola
w blasku na okowach kajdanów
pancerzy i skrzydeł,
ich łopot aż na niebie,
rozbite fale na brzegu zieleni,
a wszystko było możliwe,
przez tego człowieka o srebrnym podniebieniu.

Chłopcy z Olszynki

Ciągle szerokie koła horyzontu,
zataczane wzdłuż domu,
on jest już tylko wspomnieniem,
ciemne demony na śniegu,
zmarłe ściany,
spalona twarz desek.

Chłopcy z Olszynki
na horyzoncie zimowego igrzyska,
bieg z przeszkodami,
jeździectwo,
upada Józef na tle puchowej kołdry bieżni.

Chłopcy z Olszynki,
jasne włosy Marysi na horyzoncie,
jeszcze chwila panie generale!

Białe, zimowe Sanniki
(realność krajobrazu w wolności)

Białe oczy
jeszcze nieprzetarte śniegiem,
siwy włos spadł z głowy kasztanowca,
tylko dzwony biją na przywitanie.

Dwór,
cisza zamknięta
w dławiącym gardle kruka.
Chłopiec rzuca kulkami,
choć jeszcze nie wie,
że będziemy wolni
dla realności białego śniegu,
w naszym sercu.

1832

Pamiętam dalekie grzmienie armat,
w słoneczny epizod Ostrołęki,
to było niedawno,
dziś siedzimy przy tym samym stoliku,
snując nitki opowieści,
na pochmurną jesień.

Wieżowce Atlantów

Tysiące kolumn na środku oceanu,
wieżowce Atlantydy wyłonione z mroku dziejów,
zioną ogniem żelazne paszcze,
by przejechać kilka mil na kółkach.

Diabli nadali

Z centrali w Łęczycy,
o piątej nad ranem,
diabli nadali o upadku Babilonu.

80 huzarów

80 huzarów mknie,
jakby znając przeznaczenie,
umierają w pośpiechu,
bez bólu,